No nie skłamię jeśli powiem, że to najlepszy od lat sylwester był mój. Może najlepszy w ogóle nawet bo wszystkie pozostałe, które pamiętam raczej z dupy były: albo, że się najebałem bezlitośnie (zazwyczaj), albo w towarzystwie mało zabawnym albo bez zabawy w ogóle.
Tym razem nie chciało nam się wcale nic z Duszką bo tak samą miłością żyjemy ale na szczęście McRaper i Mały Drwal wyciągnęli do nas dłonie, żeby przyjść i tańczyć i cieszyć się. Że Tusior będzie, i że pójdziemy jeszcze gdzieś i generalnie impreza.
Jak idziemy to idziemy. Wódka z Martini, gadżety i heja. Tusior czekoladą poczęstował to nie odmawiałem bo czekoladę lubię jak mało co to i przyjemniej jeszcze zrazu się zrobiło. Ze 3 godziny tak sobie gadka szmatka i jedliśmy przy dźwiękach muzyki ale mówią, że w drogę do znajomych na róg Lipowej i Krakowskiego. Wygodnie mi było w Drewutni i średnio miałem ochotę na chatę do ludzi obcych mi wbijać ale niech się dzieje co chce bo sobie jeszcze dla kurażu z Tusiorem jednego zrobiliśmy. No i szybko minęła droga i przychodzimy i na klatkę schodową a tam już hałas. A to nie ten hałas jeszcze jak się okazało bo jak się okazać miało to trzy imprezy się w tym miejscu odbywały a każda otwarta. Nasza na samej górze. No i tak średnio średnio ale wchodzimy a tam... gites. Piękna chata wielka jak labirynt wielki, wysoka jak samo niebo a wszędzie twarze znajome jakieś już od progu. Zachwyciło nas strasznie, zerkamy do jednego do drugiego do trzeciego do czwartego pokoju, idziemy przez korytarz, poznajemy, witamy: Moreira miło mi, he he, dobry wieczór, czołem. Wszystko twarze znajome z rozmaitych okoliczności, imprez, knajp w zaskakująco jednym miejscu.
Tośmy się rozpakowali, pokój sobie znaleźliśmy prawie własny ale taki, że nie to że schowany tylko, że widać wszystko i zabawa i gadka szmatka. Trochę tańców w pokoju do tańców, różni ludzi przychodzą i wychodzą ale ogólnie luzik jest, tłoku żadnego, uśmiechają się wszyscy, muzyka gra. Tusior jeszcze coś co nie co znalazł więc palimy, jemy i pijemy. McRaper na to, że idziemy, idziemy na drugą miejscówkę do kolegi naszego Zielonego Tomka. Średnio nam się z Duszką chce bo po co w nieznane jak tu pięknie tak ale z drugiej strony przewietrzyć się miło.
Umiar wskazał mi też do domu drogę ostatecznie a może godzina 2 była zaledwie. I pożegnaliśmy się ładnie i spacerkiem z Duszką pod rękę bez zataczania i wrzasków wróciliśmy do domu. Bardzo to wdzięczne wszystko moim zdaniem. O 15 wstaliśmy w nowym roku 2010 z uśmiechami na twarzach bo wszystko wskazuje na to, że ten rok będzie równie udany jak poprzedni a być może, że nawet nawet lepszy a to już by był maks szczęścia jakie jestem sobie w stanie rozsądnie wyobrazić na obecną chwilę.
Tylko Tichona żal, cholerna branża rozrywkowa ale chyba przyzwyczaił się już ten nasz wodzirej. Z resztą mam nadzieję, że to jednak nie jest jeszcze zwieńczenie naszego świątecznego świętowania. Kurde już drugi tydzień leci - od wakacji żeśmy tak nie rozrabiali. Pokój w nowym roku!
